Stany Zjednoczone Wyjazdy

Relacja z podróży do Filadelfii. Pierwsze wrażenia i spostrzeżenia z USA

By

Relacja z podróży po USA: Nowy Jork-Filadelfia

Zanim postanowiłem, że Filadelfia stanie mi na drodze w podróży z Nowego Jorku do Waszyngtonu, przyznam, że niewiele wiedziałem o tym mieście. Jedynym skojarzeniem, jakie przychodziło mi do głowy był ten oskarowy film o AIDS – Filadelfia. Tak więc tym sposobem postanowiłem spędzić dwa dni w mieście, które kojarzyło mi się tylko i wyłącznie z zakaźną chorobą. Oczywiście to nie AIDS spowodował, że chciałem samemu doświadczyć klimatu tego miasta tylko fakt, iż Filadelfia stanowi swego rodzaju kolebkę imperium Stanów Zjednoczonych. Bądź co bądź przed zwiedzaniem DC, dobrze byłoby zobaczyć, jak wygląda poprzednia stolica USA.

Droga do Filadelfii – transport

Przygoda rozpoczęła się na środku chodnika, gdzieś w środkowej części Manhattanu. Właśnie stąd, prosto do Filadelfii miał odjechać błyszczący i pachnący autobus sieci Megabus. Z jakiegoś niewiadomego powodu, przewoźnik nie wspomniał na stronie internetowej, że miejsce dumnie nazywane przystankiem autobusowym to tak naprawdę zupełnie przypadkowo wydzielone miejsce na środku chodnika. Do odjazdu było jeszcze trochę czasu, a oprócz mnie kręcił się tam tylko jakiś Indianin. Uprzejmie zapytałem, czy on też czeka na autobus do Philly. Ten niestety tylko burknął coś pod nosem, rzucił na mnie chłodne spojrzenie i odszedł. Prawdopodobnie wtedy oprócz spojrzenia rzucił też na mnie jakieś zaklęcie, ale tego nie jestem pewny.

Bilet na dwugodzinną przejażdżkę autobusem kosztował jedynie $5. Początkowo wydawało mi się to dziwne, lecz kiedy zaczęli schodzić się pozostali pasażerowie, to wszystko zaczęło układać się w logiczną całość. Na pierwszy rzut oka byłem w stanie stwierdzić, że jako jedyny wśród pasażerów posiadałem więcej niż pięć zębów i absolutnie nie oznacza to, że pozostali podróżni byli małymi dziećmi. Jednakże sama podróż nie zaskakiwała w żaden sposób. Jak to w Ameryce wjechaliśmy na autostradę, przejechaliśmy setkę mil, poruszając się jedną drogą niemalże w kierunku prostym i gotowe. Przestrzeń z Krzysztofem w jednym miejscu została przekształcona na przestrzeń z Krzysztofem w zupełnie innym miejscu.

Stare miasto, Filadelfia
Old Town, Filadelfia

Kierowca autobusu zatrzymał się przy głównej ulicy w Filadelfii i z rozmachem w całym tego słowa znaczeniu, rozpoczął proces wyrzucania naszych walizek na chodnik. Na pierwszą konfrontację z mieszkańcem nie musiałem długo czekać, bo już po kilku minutach, jakiś starszy facet z koczkiem zaczął coś do mnie brzdękać. Był to ten typ człowieka, który posługiwanie się aparatem mowy opanował do takiej perfekcji, że potrafi wypowiadać słowa, bez otwierania ust. Skutkiem tego jest oczywiście fakt, że kompletnie nie mogłem go zrozumieć. Możliwe też, iż po prostu był Szkotem.

Na noc zatrzymałem się w wynajętym apartamencie, który znajdował się w jednym z tych uroczych ceglanych domków na starym mieście. W oczywisty sposób każda uliczka była podobna do siebie i nie trudno było się zgubić, ale największą zaletą okolicy był fakt, że roiło się tam od lokalnych przybytków. Dominowały oczywiście kawiarnie i restauracje ale jeśli ktoś interesuje się rękodziełem i chciałby zakupić ręcznej roboty wyroby, to tam też znalazłby tam coś dla siebie. Mnie najbardziej interesowały bajgle, które będąc w USA, pochłaniałem każdego dnia. Za dosłownie $2 dostajemy przypieczony, pachnący i chrupiący krążek, który wypełniony może zostać czymkolwiek chcemy. Jeśli ktoś ma ochotę na cebulowego bajgla z dżemem, to takiego też z łatwością dostanie. Do tego oczywiście mała kawka, która z racji amerykańskich standardów nigdy małą nie jest.

Kawowa sprawa

Czy tylko dla mnie wydaję się to naturalne, że siedząc w jednej kawiarni nie przynosimy ze sobą jedzenia z innego miejsca. Tymczasem z tego, co zaobserwowałem, w USA rzeczą jak najbardziej zwyczajną jest, że kupujemy sobie kanapeczki w naszym ulubionym miejscu z kanapeczkami, a następnie zabieramy je pod pachę i spacerujemy do naszego ulubionego miejsca z kawką. Dopiero tam dochodzi do ostatecznej konsumpcji. Pewnego razu mocno zabłądziłem i przypadkiem znalazłem się w kawowym fastfoodzie o nazwie Starbucks. Troszeczkę się zmieszałem, kiedy zobaczyłem, że spora część obecnych tam ludzi, zajadała burgery z McDonald’s i połowa stolików załadowana była torbami ze złotymi łukami. Mam wrażenie, że jeśli w Polsce powędrowałbym do Starbucksa z torbą burgerów, to natychmiastowo poczułbym na sobie oceniający wzrok każdego hipstera zerkającego na mnie zza ekranu swojego macbooka.

Na blogu sukcesywnie publikowane będą dalsze części relacji z podróży po Stanach Zjednoczonych. Zapraszam do polubienia mojej strony na facebooku, gdzie wszystko na pewno się pojawi 🙂

jakpoleciec.pl - facebook

Inne posty