Filipiny Wyjazdy

Rasizm i życzliwość na Filipinach – relacja z podróży

By

Relacja z podróży – Manila, Filipiny

Z racji braku atrakcji w Manili, akapit ten mógłby składać się z zaledwie dwóch zdań, ale wtedy nie będzie sensu publikować tego wpisu. Manila nie jest miastem, z którego czyni się główny cel podróży i właśnie z tego powodu docierając tam, przeciętny turysta nie ma ogromnych oczekiwań. W poprzednim wpisie zatytułowanym Manila to niebezpieczne miasto opisywałem pierwsze wrażenia po wylądowaniu w stolicy Filipin. W dużym skrócie zapewniałem tam, że wszystko co internet mówi o tym miejscu prędzej czy później okazuje się prawdą. Przede wszystkim należy przygotować się na ogromny szok kulturowy, który jednak z zapierającym dech w piersiach zachwytem, nic wspólnego mieć nie będzie. Wróćmy więc do momentu, kiedy po raz pierwszy wszedłem do pokoju hotelowego, a w zasadzie do momentu, kiedy podszedłem do drzwi wejściowych.

Intramuros – historyczna dzielnica Manili

Nie miałem nawet okazji musnąć klamki palcami, gdyż w mgnieniu oka, boy hotelowy uraczył mnie szerokim uśmiechem powiązanym z szerokim otwarciem drzwi. Rzecz zaskakująca, w momencie, w którym zatrzymujesz się w przeciętnym hotelu i absolutnie nie spodziewasz się, a tym bardziej nie oczekujesz takiego traktowania. Podczas procesu zameldowania, pojawiła się klasyczna trudność z wymówieniem imienia Krzysztof, lecz mimo to po chwili znalazłem się w swoim pokoju z widokiem na… No właśnie. Teoretycznie obiekt znajdował się w biznesowej dzielnicy miasta, jednakże najwidoczniej nie gwarantowało to widoku z okna, który składałby się z czegokolwiek innego niż kartonowe szałasy i miniaturowe wysypisko śmieci, stanowiące kompleks mieszkalny stałych bywalców tych okolic.

Po kilku wdechach klimatyzowanego powietrza, postanowiliśmy przejść się po okolicy i docelowo spróbować nieco azjatyckiej kuchni. Pierwszy przystanek zrobiliśmy w 7/11, który podobnie jak Starbucks w Nowym Yorku, przyczepiony jest do każdej przecznicy i już z daleka widać wielkie świecące zielone logo. Chcieliśmy zasięgnąć języka aby dowiedzieć się jak wygląda sytuacja, ze spożywaniem alkoholu w miejscu publicznym. Gdy przypadkowo zaczepiony pan usłyszał nasze pytanie, początkowo był lekko zdezorientowany. Jego odpowiedź tym bardziej zbiła nas z tropu, gdy odpowiedział: ‘Sprawa wygląda inaczej dla nas, Filipińczyków ale Wy jesteście biali więc możecie sobie pić i palić na ulicy. Nikt wam złego słowa nie powie’. Słowa te znajdowały potwierdzenie w wielu sytuacjach, jakich doświadczyliśmy w przyszłości. Na Filipinach biały człowiek ma po prostu lepiej. Mechanizm zupełnie odwrotny do tego obecnego w Afryce, gdzie oni nas nie lubią i łatwo dają to do zrozumienia.

Rasizm na Filipinach

Jak powszechnie wiadomo, rasizm to w dużym skrócie zespół poglądów, które zakładają wyższość jednej rasy nad innymi. Mam wrażenie, że Filipińczycy uznają ten pogląd w nieco zmodyfikowanej formie. Mianowicie, podróżując po Filipinach cały czas miałem przeświadczenie, że biały człowiek jest tam wynoszony na piedestał. Często spotykaliśmy się z sytuacjami, w których bycie białym okazywało się swego rodzaju zaletą. Dokładnie taka sama sytuacja jak w Tajlandii, gdzie bycie białym jest utożsamiane z byciem kimś lepszym. Biały człowiek w sposób pośredni lub bezpośredni identyfikowany zostaje z grubaśnym, wypchanym pesos portfelem. Przypuszczam, że to właśnie z tego powodu każda Filipinka chciałaby mieć za męża białego faceta, bo to zapewniłoby jej znacznie lepszy byt, dla niej jak i całej rodziny.

Jeśli ktoś ma potrzebę poczuć się jak prawdziwa gwiazda filmowa, to wystarczy, że poleci na Filipiny i zacznie swobodnym krokiem przechadzać się po dowolnym mieście. Sytuacje, w których obcy ludzie losowo podchodzili z pytaniem czy mogą sobie zrobić zdjęcie, przestały zadziwiać mnie po dwóch dniach. W jednym z takich przypadków, starsza pani okazała swoje niezadowolenie, ponieważ pozując do zdjęcia stałem jak kołek zamiast jakoś przyjaźnie ją objąć w talii. W tamtym momencie, moje zdanie nie miało dla niej absolutnie żadnego znaczenia i wymusiła na mnie ponowne zdjęcie, z moją ręką w prawidłowym (w jej mniemaniu) miejscu. Po kilku razach to zaczyna się nudzić, jednakże nie ma od tego ucieczki, w sytuacji gdy masz 190cm wzrostu i biały kolor skóry. Wędrując po dzielnicy Intramuros w Manili, zdarzało nam się obserwować podążające za nami kilkuosobowe grupki ludzi, którzy z jednej strony wstydzili się prosić o zdjęcie a z drugiej strony mieli przedziwną potrzebę sobie na nas popatrzeć. Wydaje mi się, że nie będzie dużą przesadą, jeśli stwierdzę, że lecąc na Filipiny nie ma znaczenia jak wyglądasz, czy jesteś przegrywem czy nie, bo dla nich i tak siłą rzeczy będziesz atrakcyjny z racji koloru swojej skóry.

Życzliwość na Filipinach

Soczki i szejki sprzedawane na ulicy

W tym miejscu opisana zostanie sytuacja, która mam wrażenie w żadnym europejskim kraju wydarzyć by się nie mogła. Więc proszę sobie wyobrazić dwóch młodych turystów z Polski, którzy swobodnie spacerują sobie po Manili. Niby nic takiego lecz w pewnym momencie zauważają oni stoisko na którym pan sprzedawał świeżo wyciskane soczki z mango i innych pomarańczy. Teoretycznie słyszeliśmy masę opowieści i zakazów picia na Filipinach wody, takiej która chociaż przez chwilę przestała znajdować się w zaplombowanej butelce. A tam facet miał wiaderko lodu wątpliwego pochodzenia i w dodatku lód ten nabierał wiadereczkiem, którego pochodzenie wydawało się jeszcze bardziej wątpliwe. Jakoś ciężko było nam się przemóc, jednakże porozmawialiśmy z dwoma Filipinkami stojącymi w kolejce i to one przekonały nas, że ich codzienne wizyty przy tym stoisku jeszcze nigdy nie doprowadziły do katastrofy. W ten oto sposób, dzielny turysta Krzysztof wszedł w posiadanie brudnego soczku z brudnym lodem.

Jako osobnik przyzwyczajony do życia w Europie, nieco zadziwiało mnie, że podczas całodniowej wędrówki po mieście, ani razu nie dostrzegłem znaku informującego o obecności publicznej toalety. Nawet w okolicy największych atrakcji miasta Manili, temat publicznych toalet mam wrażenie nie istniał. Bardzo możliwe, że jest to spowodowane obecnością ludzi bezdomnych oraz włóczęgów, którzy najprawdopodobniej najbardziej okupowaliby takie przybytki i odciskali na nich swoje piętno. No więc byliśmy już po jednym czy dwóch soczkach i napięcie rosło z każdą sekundą. Podszedłem do przypadkowego pana, który reklamował się jako lokalny przewodnik po mieście. Poprosiłem go o wskazówkę jak dotrzeć do najbardziej pożądanej w mojej sytuacji atrakcji – toalety. Ten nieco zdezorientowany, powiedział, iż takich rzeczy to oni nie mają ale przecież wystarczy, że pójdziemy do niego do domu a on nas bardzo chętnie przyjmie i udostępni co trzeba. W tym momencie był lekki szok ale nie było czasu do stracenia. Koniec końców okazało się, że jego dom to tak naprawdę składający się z trzech pomieszczeń przybytek. Na wejściu przywitała nas cała rodzina, łącznie z babciami, ciotkami i wnukami. Siedzieli oni w miejscu, które przypominało jadłodajnie z dosłownie kilkoma krzesłami. Kolejnym pomieszczeniem w domu naszego gospodarza okazała się kuchnia połączona z salonem, sypialnią, jadalnią, spiżarnią, korytarzem… Na 5/6 m^2 udało im się zmieścić wszystko co niezbędne do prowadzenia gospodarstwa domowego. Ten mężczyzna pomimo tego, że naprawdę żył skromnie to okazał zrozumienie dla młodych turystów. Możliwe, że po prostu chciał nam się przypodobać abyśmy poźniej dali mu zarobić jako przewodnikowi (co w ramach wdzięczności i z nudów zrobiliśmy).

Uśmiech – znak rozpoznawczy Filipińczyków

Do najdziwniejszej sytuacji doszło, gdy opuszczaliśmy jego niewielki przybytek. Otóż na krzesełku w kącie siedziała sobie uśmiechnięta dziewczyna, mająca tylko 16 lub 17 lat. Kompletnie się nie odzywała i jedynie odprowadziła nas wzrokiem do wyjścia. Wtedy to nagle, nasz gospodarz/przewodnik podskoczył do niej, jednocześnie z dziwnym uśmieszkiem na twarzy pytając czy któryś z nas jest kawalerem. Kiedy okazało się, że tak owszem, mężczyzna bezpośrednio zapytał nas czy byśmy nie chcieli takiej małżonki. Nie wiem czy kiedykolwiek znalazłem się w bardziej niezręcznej sytuacji. Facet wydawał się mówić kompletnie szczerze a co dziwniejsze cała rodzina dookoła uśmiechała się do nas co jak przypuszczam miało zachęcić nas do podjęcia reakcji. My natomiast oznajmiliśmy, że u nas te sprawy załatwia się zupełnie inaczej i podziękowaliśmy na udostępnienie łazienki. W zasadzie to dziury w ziemi. Podziękowaliśmy więc za udostępnienie dziury w ziemi, która pretendowała do roli toalety i czym prędko wybiegliśmy aby solidnie spryskać nasze dłonie sanitizerem.

Wskazówka bezpieczeństwa

Jeśli chodzi o zachowanie higieny na Filipinach, to polecam częste dezynfekowanie dłoni. Sprawę znacząco ułatwia fakt, że pojemniki z środkami dezynfekującymi znajdują się w każdym 7/11 (których jak wspominałem wcześniej, wszędzie pełno).

Już niedługo zostanie opublikowana kolejna część relacji, więc zapraszam do polubienia mojej strony na facebooku, gdzie wszystko na pewno się pojawi 🙂

jakpoleciec.pl - facebook

Inne posty