Stany Zjednoczone Wyjazdy

Greenpoint – polska dzielnica w Nowym Jorku. Blog z podróży do USA

By

Greenpoint, Brooklyn – relacja z podróży do USA. Blog z polskiej dzielnicy w Nowym Jorku.

Poprzedni post poświęcony był sześciu małym miasteczkom, które założyli Holendrzy w XVII wieku. Miasteczka te wraz z upływem czasu zaczęły rozrastać się, aż urosły wystarczająco, aby można nazwać je Brooklynem i przyłączyć do Nowego Jorku – tworząc w ten sposób jego piątą i największą dzielnicę. Niespodzianek ciąg dalszy, ponieważ nie każdy zdaje sobie sprawę, że w mieście tym istnieje dzielnica nazywana ‘Little Poland’, czyli, innymi słowy, Greenpoint. Największe skupisko Polaków w tej części Stanów Zjednoczonych, gdzie swoje polskie korzenie deklaruje prawie połowa mieszkańców. Krzysztof nie byłby sobą, gdyby nie zanurzył swojego wielkiego nosa w tym miejscu i nie przekonał się na własnej skórze, jak żyją oraz jakimi Maybachami jeżdżą Polacy, spełniający swój american dream w USA.

Greenpoint – jak tam jest naprawdę

Karczma - Greenpoint, Brooklyn
Karczma – Greenpoint, Brooklyn

Mam pewien problem, który chciałbym, aby ktoś mi w miarę przystępnie wytłumaczył. Szukając na różnych blogach informacji o Greenpoincie, zawsze natykałem się na narzekania i pokręcone wywody, których autorzy usilnie starali się doprowadzić czytelnika do wniosku, że ta polska dzielnica to jest jakaś taka zaściankowa i w ogóle to oni zatrzymali się w czasie trzydzieści lat temu. Nie wiem, czy wynika to z faktu, że opinia ta jest niezwykle popularna i każdy, jedzie tam z już wyrobionym zdaniem. Przeważnie, ludzie podają jako przykład zacofania, to, że na Greenpoint znajdziemy sporo polskich szyldów i znaków markowych w stary stylu. Wizyta w ‘Little Italy’ czy ‘Chinatown’ zazwyczaj powoduje zachwyty i pojękiwania u odwiedzających, którzy szepczą jeden do drugiego: Paaatrz Rafał, napisy po włosku i chińsku a przecież jesteśmy w Ameryce, czad. Tymczasem później ta sama osoba zachwycająca się faktem, że na świecie istnieje więcej niż jeden język i jeden alfabet, jedzie na Greenpoint i dochodzi do smutnego wniosku, że ci Polacy mieszkający w USA to jacyś dziwni są. Nie umieją się zaaklimatyzować i w ogóle te szyldy po polsku… co oni nie potrafią się angielskiego nauczyć? Smutne i dziwne.

Dojazd na Greenpoint

Do metra wsiadłem w Bed-Stuy gdzieś na wschodnim Brooklynie. Kilka przystanków po zielonej nitce do kłębka i znalazłem się na stacji Greenpoint Ave. Polskością nie pachniało ani trochę, za to minąłem się z kilkoma bezdomnymi. Ci natomiast wydzielali wiele zapachów, ale żaden z nich nie przywodził mi na myśl ojczyzny. Czy mówili po polsku, tego nie wiem, gdyż nie podjąłem rękawicy wdawania się z nimi w jakiekolwiek dyskusje. Wąskimi schodkami wytoczyłem się na powierzchnie i obróciłem głowę w każdą możliwą stronę. Dopadło mnie dziwne wrażenie, że wylądowałem w tej samej okolicy, w której wsiadałem do pociągu. Te same budynki z czerwonej cegły, te same schody przeciwpożarowe i te same sieciowe restauracje. Jedyna różnica polegała na tym, że w niektórych miejscach przy głównych ulicach można było znaleźć przybytki prowadzone przez Polaków. Każdy z nich opatrzony oczywiście jest szyldem w języku polskim. Żeby się wyróżnić. Przykładowo, zamiast iść na burgera do maczka, możemy sobie zjeść pierożki z mięsem, które smakowo absolutnie nie będą odbiegały się od tych dostępnych w kraju. Oczekiwałem, że Greenpoint zaskoczy mnie swoim wyglądem. Wyglądem budynków i sklepów, gdy tymczasem wyglądał jak niemal większość Brooklińskich okolic, które odwiedziłem. Gdyby zdjąć te wszystkie szyldy, przeszedłbym główne arterie wzdłuż i wszerz i pewnie nadal bym się nie zorientował, że właśnie kroczę po miejscu, gdzie mieszka więcej Polaków niż w moim rodzinnym mieście.

Greenpoint – Biedronka

Jak wygląda polska okolica na końcu świata

Okolica pełna jest polskich sklepów spożywczych, gdzie obsługa prawie zawsze wita nas jakimś miłym polskim zwrotem. Nawet kiedy wylądowałem w zupełnie losowym sklepie z telefonami, kobieta na pierwszy rzut oka wyglądająca na Meksykankę od razu rzuciła do mnie swoim koślawym ‘dzień dobry’. Od całej tej polskości aż zaschło mi w gardle, a przypadkiem okazało się, iż zegarek wskazywał coffee o’clock. Nie musiałem długo szukać i już dłonie parzył mi papierowy kubek, po brzegi zalany Americano czarnym jak smoła. Chwila na kontemplacje przy witrynie i zagaduje mnie przypadkowy mężczyzna. Przebywając w Stanach, polecam przyzwyczaić się do faktu, iż tam każdy każdego zagaduje. Oczywiście z przyjaznym nastawieniem. Wchodząc do zwykłego spożywczaka w piątek, zostaniemy zapytani o samopoczucie, plany na weekend i życie. Albo na przykład facet, który szukając miejsca w Shake Shacku, dosiądzie się do naszego stolika, od razu z uśmiechem na twarzy rozpocznie konwersację o niczym i jak to on nie lubi jeść na stojąco. Krótka rozmowa przy burgerze, całkiem sympatyczna osoba, ale najprawdopodobniej nie spotkacie się już nigdy w życiu. Ten mężczyzna wtedy w kawiarni na Greenpoincie zapytał mnie o coś zupełnie przypadkowego, po czym rozsiadł się na swoim ulubionym krześle w końcu sali. Zagadnął w języku angielskim i wszystko wskazywało, że mam do czynienia z Amerykaninem. Dopiero gdy wychodziłem, to zobaczyłem, jak na kolanach rozkładał już sobie swoją sobotnią Wyborczą.

Przebywając gdziekolwiek za granicą, gdy usłyszy się ojczysty język, to w większości przypadków są to inny turyści, którzy postanowili pojechać w to samo miejsce w tym samym czasie. W momencie, gdy pojechałem na Greenpoint, doświadczyłem czegoś zupełnie innego. Spacerując sobie Manhattan Avenue, co chwilę słyszałem dochodzące mnie z każdej strony rozmowy w języku polskim. Czułem się zupełnie tak, jakbym spacerował po Poznaniu i wszystko natychmiastowo wydało mi się bardziej oswojone. Z lewej strony jakaś przemiła Grażyna dopytywała o ceny marchwi a zaraz obok wąsaty Jeff i ciemnoskóry Michael kopcili papierosy. Kawałek polskości wrzucony, w losowe miejsce gdzieś za Oceanem. Super.

Inne posty