Tajlandia Wskazówki Wyjazdy

Trekking w Chiang Mai – dżungla, słonie i wodospady

By

Ile kosztuje trekking w Chiang Mai?

Trekking nie jest drogi. Za trzy pełne dni spędzone w dżungli pod okiem niesfornego przewodnika płacimy w przeliczeniu niecałe 160 zł. W cenie zagwarantowane są 2 noclegi z niepełnym wyżywieniem. Dlaczego niepełnym? Cena nie obejmuje napojów wyskokowych oraz wody. Za te przyjdzie nam dodatkowo zapłacić w napotkanych po drodze wioskach. Warto więc zaopatrzyć się więc w papierowe i metalowe Bathy. Wszystko zapisywane jest skrupulatnie na liście znajdującej się przy przenośnej lodówce. Bierzesz piwo odznaczasz się ptaszkiem i przed pójściem spać rozliczasz się z przewodnikiem.

Jak się tam dostać?

Aby pomuskać stopą góry, powąchać las tropikalny, zobaczyć słonia i spłynąć w dół rzeki najpierw trzeba dostać się do miasta Chiang Mai położonego w północnej Tajlandii. Jak to zrobić oraz gdzie nabyć bilet, o tym możecie przeczytać w oddzielnym wpisie: Trekking w Chiang Mai – mobilizacja i organizacja. W skrócie mogę zdradzić, że nie trzeba planować niczego z góry. Wystarczy w Bangkoku udać się do odpowiedniego punktu turystycznego i miły pan za biurkiem załatwi za nas wszystkie formalności. My tylko grzecznie przykładamy kartę, bądź też rzucamy gotówkę na ladę a cała reszta robi się za nas.

Trekking w Tajlandii, Chiang Mai
Początki trekkingu czyli błotnista droga na szczyt.

Gdzie przenocować w Chiang Mai?

Wiadomo jak to w Tajlandii jest z czego wybierać. Od ruder po 12 zł za dobę w 20 osobowych pokojach koedukacyjnych do luksusowych hoteli z dwudziestoma basenami na dachu. Hotel w którym zatrzymałem się z moim bratnim towarzyszem podróży znajdował się w całym sercu starego miasta. Wszędzie było blisko, a atmosfera, która w nim panowała była rodzinna i sielska.  W tym miejscu doszedłem do wniosku, że właściciele hotelu zasłużyli sobie tą, genialną wręcz obsługą na reklamę. Hotel nazywa się Panna Heritage Boutique . Serdecznie polecam – Piotr Fronczewski.

Trekking – dzień 1

Po nocy spędzonej w łożu o królewskich rozmiarach w godzinach porannych pod hotel zawitał uśmiechnięty Taj. Zapakowaliśmy się do mini busa i pognaliśmy na miejsce zbiórki gdzie poznaliśmy współtowarzyszy podróży. Wszyscy byli z Europy i wszystkich było po dwóch. Para Francuzów i para Brytyjczyków, dwóch Holendrów i dwie Słowenki no i my dwóch Polaków. Z angielskim nie było kłopotów także bez problemu mogliśmy licytować się kto ile widział i gdzie to nie był. Wiadomo typowe turystyczne pogawędki.

W co się ubrać i co ze sobą zabrać?

W związku z tym, że pomysł na trekking pojawił się w naszych głowach ad hoc nie mieliśmy ze sobą dogodnego ubioru. Zorientowaliśmy się, że nasze spodnie są jakieś takie przykrótkie i plażowe w porównaniu do tych które zabrali ze sobą nasi współtowarzysze. Również obuwie na naszych nogach w postaci tenisówek na płaskiej podeszwie nie wyglądało obiecująco. Przewodnik zapewnił nas, ze nic się nam nie stanie i bez problemu można w takim stroju eksplorować górskie lasy deszczowe. Uprzedzając historię – oczywiście nas okłamał! Mocno zalecam zabranie ze sobą długich spodni i dobrych butów. Jeśli ktoś się o to nie pokusi cały czas będzie ślizgał się po mokrej brązowej glinie, a odkryte nogi będą skutecznie muskane przez dziką roślinność i pajęczyny. Można narazić się również na iniekcję niewielkiego przyjaciela, która może doprowadzić w najgorszym przypadku do zarażenia panującą w tamtych rejonach malarią.

Azjatycka wioska, Tajlandia, Chiang Mai.
Styrany i brudny, każdy wpis jest inny żebym ja nie był nudny.

Sunęliśmy jeepem do miejsca docelowego. Okazało się jednak, że po drodze jest jeszcze jeden postój. Była to ostatnia szansa na zaopatrzenie się w energetyczne produkty spożywcze takie jak batony, orzeszki czy słynnego tajskiego red bulla. Na samym targu była jakaś wielka wyprzedaż wołowiny i wieprzowiny czyli nic co mogłoby się przydać podczas takiej zorganizowanej wyprawy, gdzie wszystkie dania podawane są przed nos na talerzu. Jak się jednak dowiedziałem, możliwe jest zorganizowanie sobie bardziej dzikiej wyprawy. Obejmuje ona wtedy rozkładanie hamaków w dżungli, regularne polowanie na zwierzynę i napełnianie tą też martwą zwierzyną garnków. Tak przygotowany zwierzak serwowany jest później na talerzu. Przewodnik opowiadał, że kilka razy brał udział w takiej dzikiej eksploracji i raczej osoby o słabej psychice powinny sobie odpuścić, gdyż zdarzały się sytuację, że nawet przez kilka dni uczestnicy zmuszeni są żywić się tylko suchym ryżem i wodą.

Jeep ruszył z miejscowego targu i po kilkunastu minutach dotarliśmy tam gdzie dotrzeć mieliśmy od samego początku czyli znaleźliśmy się u podnóża gór. Z naszym niezrozumieniem spotkało się to, że samochód wysadził nas około jednego kilometra od początku szlaku i zmuszeni zostaliśmy dreptać po nagrzanym asfalcie aby się do niego dostać. W tym miejscu każdy dostał dyspozycję od przewodnika aby napsikać bądź wetrzeć w siebie repelent na komary. Podejrzliwość mogło wzbudzić to, że sam przewodnik niczym się nie smarował i zapytany o to z uśmiechem oznajmił, że Tajowie są z natury odporni na malarię (?!).

Niebezpieczny pająk w Tajlandii, Chiang Mai
Od trucizny pająków w Tajlandii podobno nie można umrzeć, jednak nie zdecydowałem się tego sprawdzić na własnej skórze.

Tajemnicze odgłosy i mikroskopijny lunch.

Początkowe widoki mówiąc krótko rozczarowują i nie zachwycają. Większe wrażenie może zrobić wybranie się do pobliskiego lasu w Polsce i podziwianie równo posianych sosen. Zbieranina przerzedzonych krzaków i błotnista droga niczym nas nie uraczyły. Jednak im dalej w las tym zaczynało robić się o wiele wiele ciekawiej.  Roślinność stawała się coraz bardziej dzika i wręcz wessała nas do środka. Zewsząd można było usłyszeć hałas, który przypomina ten dobiegający z warsztatu podczas cięcia płytek szlifierką kątową. Przewodnik nie uraczył nas satysfakcjonującą odpowiedzią czy były to ptaki czy może jakieś ogromne insekty. Jeżeli ktoś odwiedził tamte rejony i zna odpowiedź co wydawało ten charakterystyczny głośny dźwięk, proszę o podzielenie się tą tajemną wiedzą w komentarzu 🙂

Po kilku godzinach wędrówki i podziwiania cudów natury dotarliśmy do pierwszego checkpointu. Było to miejsce gdzie został nam zaserwowany lunch. Mogliśmy również wykąpać się w źródlanej wodzie, która lała się z dość pokaźnego wodospadu. Styrani i brudni usiedliśmy do pałaszowania przygotowanego dania. Była to zawinięta w liść niewielka porcja ryżu wraz z tamtejszymi warzywami oraz przyprawami. Było to tak smaczne, a wszyscy byli tak zmęczeni, że zdołaliśmy wsunąć tę porcję wraz z podanymi na deser owocami w ciągu niecałej minuty. Jedzenia było niewiele, a na miejscu można było zaopatrzyć się jedynie w alkohol, napoje czy papierosy. Dlatego dla ludzi, którzy potrzebują o wiele więcej kalorii warto zaopatrzyć się wcześniej w przekąski, które pozwolą doładować energię na dalszą trasę.

Słoń azjatycki, Tajlandia, Chiang Mai
Słoń trąbalski głodny wrażeń.

Czas karmienia czyli wizyta w tajskim sanktuarium słoni w Chiang Mai.

Najedzeni i wykąpani ruszyliśmy w dalszą drogę zobaczyć to co miało być główną atrakcją dnia pierwszego czyli słonie. Aby się do nich dostać spędziliśmy około 3 godzin wdrapując się po glinianych i wilgotnych zboczach. Jeden współtowarzysz z Francji runął wprost w dość sporą kałużę w związku z czym jego ubranie zdobiła od tego momentu potężna plama. W miarę wspinania się w górę gdzieniegdzie można było dostrzec ogromne okrągłe ślady odciśnięte w podłożu. Wiedzieliśmy, że należą do słoni i że jesteśmy coraz bliżej osiągnięcia celu.

Po trudach i znojach dotarliśmy wreszcie do sanktuarium słoni. Zadaniem białych turystów, jak się okazało, było nakarmienie tych olbrzymich ssaków. Cała grupa otrzymała do dyspozycji ogromny kosz bananów i pęki zwiniętego siana czy innej trawy. Dość długo zajmuje samo karmienie. Słoń dziennie zjada od 100 do 200 kg pożywienia także to czym je nakarmiliśmy zapewne było dla nich tylko przystawką przed kolejnym daniem. Po karmieniu odpoczęliśmy chwilę, nacieszyliśmy się ostatni raz widokiem potężnych zwierząt i ruszyliśmy do wioski po upragniony sen.

Nocleg w dżungli.

Spaliśmy w niewielkiej wiosce położonej kawałek od samego sanktuarium. Na obiadokolację został zaserwowany ryż z różnymi sosami oraz oczywiście jak to w Tajlandii – chilii. Nie ma co liczyć na kąpiel w gorącej wodzie. Prysznic mieścił się w betonowym klocku z czterech ścian. W środku z rurki lała się lodowata woda, która jednak przy tych warunkach atmosferycznych, przynosiła znaczną ulgę. Po zimnym prysznicu nadszedł czas na błogi sen. Nocleg przygotowany był w drewnianym domku dość dużych rozmiarów. Każdy ma do dyspozycji śpiwór oraz koce. Jednak zaznaczam, że przy panujących tam temperaturach jedyna rzecz która rzeczywiście się przydaje to moskitiera zabezpieczająca przed insektami. Te i tak przy odrobinie przebiegłości mogły się do nas dostać przez szpary w podłodze.

Nocleg Tajlandia Chiang Mai.
Krzysztof w oczekiwaniu na swoją kolej do prowizorycznego prysznica.

Trekking dzień 2 – czyli niesforny przewodnik, droga donikąd i obłędny krajobraz.

Na dzień numer dwa najchętniej spuściłbym zasłonę milczenia. Nastąpiła zmiana przewodnika na takiego dla którego język angielski był naprawdę językiem obcym. Nie wiem czy wynika to z braku odpowiedniej organizacji ale technicznie wyglądało to tak, że przeze okrągłe 6-7 godzin maszerowaliśmy w głębokim, tropikalnym lesie spoceni po szyję, bez świadomości że zmierzamy w jakimś konkretnym celu. Dodam również, że sam prowadzący nas przewodnik kilka razy się zagubił. Jak wspomniałem często w czasie wędrówki można zaobserwować zwisające na różnej wysokości pająki. Podobnie jak w polskim lesie sunąc do przodu można niespodziewanie zaplątać się w sieć rozwieszoną pomiędzy dwoma drzewami. W Tajlandii sytuacja ma się identycznie z tą jednak różnicą, że same pająki wyglądają o wiele groźniej i ich ugryzienie jest o wiele bardziej bolesne. Stad też aby nie narażać nas na bezpośredni kontakt przewodnik szedł pierwszy w szeregu i kawałkiem drewnianej gałązki zbierał pojedyncze sieci na patyk. Tutaj muszę nadmienić, że mierzył on niecałe metr sześćdziesiąt. Nasz najwyższy kompan z Francji mierzył około dwóch metrów. W związku z czym kilka razy w panice zrywał ze swojej głowy sploty pajęczej sieci wydzierając się przy tym wniebogłosy. Później nauczony tym przykrym incydentem sam zaopatrzył się w podobną gałązkę i machał przed sobą do końca trasy.

Zostaliśmy nawet zaprowadzeni do okolicznej wioski gdzie miejscowi Tajowie drapali się po głowie na nasz widok. Raczej nie spodziewali się w tym dniu żadnej wizyty.  Co prawda ciekawym doświadczeniem była obserwacja jak to, żyją sobie ludzie w azjatyckich górach, jednak z grubsza wyglądało to tak, że Pani gotowała sobie obiad, a my razem z przewodnikiem wchodziliśmy w butach do jej domu i głupio się przy tym uśmiechaliśmy.

Końcówka tego dnia wynagrodziła w pewien sposób całą wspinaczkę. Drewniany kompleks, w którym spędziliśmy noc miał wręcz obłędny widok, który rozciągał się na pasmo gór, które przesłaniała delikatna smuga mgły. W takich okolicznościach natury zjedliśmy obiad i piliśmy nektar bogów do późnych godzin nocnych.

Góry Chiang Mai, Tajlandia.
Tajskie góry przykryte mleczną pianką.

Trzeci dzień oraz podsumowanie całego wyjazdu opublikuję w ostatniej części dotyczącej trekkingu w Chiang Mai. Zapraszam zatem za jakiś czas…

Blog podróżniczy o Tajlandii:

Jeżeli informacje zawarte w tym artykule okazały się pomocne dla kogokolwiek to zachęcam do zostawienia komentarza, polubienia naszej strony na facebook oraz obserwowania nas na instagramie, gdzie regularnie publikujemy zdjęcia z podróży.

Inne posty