Tajlandia Wyjazdy

Trekking w Chiang Mai – mobilizacja i organizacja

By

Od Bangkoku do trekkingu w Chiang Mai

Szarobury widok z tuk tuka

W Bangkoku spędziliśmy siedem pełnych dni. Miasto z każdym wdechem spalin z tuk tuka było dla nas coraz bardziej barwne i zaskakiwało nas swoją spontanicznością i dzikością. Mimo to zauważyliśmy pewien schemat, który wkradł się podczas pobytu, a mianowicie:  od południa eksploracja metropolii, później potężny melanż w rytmie Dura Dura Dura i innych szlagierów, a na końcu poranne leczenie się ciepłym anyżowym rosołem i pad thaiem z jajami oraz shrimpsami. Kończyło się to ostatecznie dogorywaniem w basenie do południa. Bleh. Postanowiliśmy, że tak nie można dalej żyć i czas  poznać inną część Krainy Uśmiechu ażeby nie przesiedzieć całego pobytu w stolicy. Nie mając jasno określonych planów gdzie by tu można ruszyć w trasę , mieliśmy do wyboru kilka opcji jak choćby przelot na najbardziej znane wyspy tj. Koh Samui, Phuket, lub też udanie się do oddalonego o 100 kilometrów od Bangkoku słynącego z rozpusty i rozrywki miasta Pattaya. Z braku mobilizacji do podjęcia solidnej, męskiej decyzji postawiliśmy na dość specyficzny krok jakim było udanie się do punktu turystycznego umiejscowionego w budynku hotelu. Musieliśmy jednak zachować czujność. W tym kraju pełno jest naciągaczy szczególnie uaktywniających się widząc białe twarze jako potencjalną możliwość wyduszenia kilkukrotnej stawki za daną usługę. Za biurkiem siedział podstarzały Taj, który z uśmiechem na ustach powitał nas i kazał się rozsiąść.

Where is my mind – późne godziny nocne

Po wysłuchaniu naszych planów oznajmił, że nasz pomysł rozkoszowania się najpiękniejszymi plażami sącząc coco loco przez różową słomkę pod palmami musimy włożyć na półkę z Terrym Pratchetem – Fantasy . Lipiec to pora monsunów i jeśli chcemy uniknąć siedzenia w barze gdzie będziemy sączyć Changa i podziwiać ścianę deszczu która topi ulice po kolana, musimy zmienić cel. Nota bene, jeżeli chodzi o deszcz, raz pojadając coś w streetfoodzie osłoniętym namiotem-plandeką na Khaosan mogliśmy na własne oczy zobaczyć potężną równikową ulewę. Co ciekawe w tym momencie ukazała się nam w całej okazałości szybkość w działaniu, przedsiębiorczość i spontaniczność Tajów. W dosłownie dwie sekundy od kiedy zerwał się deszcz zaszła nas od tyłu niska 40-letnia Tajka ubrana w zielony worek przeciwdeszczowy (mi osobiście kojarzący się z emerytkami w górach) i zaproponowała kupno parasola. Tak szybka mobilizacja w celu zaspokojenia potrzeby, która wytworzyła się w ułamek sekundy zrobiło na nas tzw. big wow. Zwróciło to moją uwagę na to, że mieszkańcy Tajlandii nie lubią tracić nadarzających się okazji i wszędzie taką okazję są w stanie wychwycić. Niewątpliwie taką „okazją” byliśmy również my –czyli ja i mój brat dla wspomnianego wcześniej maj frjenda z punktu turystycznego. Gdy przedstawiał nam swoją ofertę wszystkich rezerwacji dokonywało się za jego pośrednictwem, (ceny były oczywiście zawyżone), także sądzę że dostał za nas solidne bat(h)y . Przedstawił nam następujący plan działania. Wyjeżdżamy z Bangkoku do oddalonego o 700 km miasta położonego w północnej Tajlandi – Chiang Mai, spędzamy tam jeden pełny dzień a następnie wyruszamy w 3-dniowy trekking po okolicznej dżungli. W czasie trekkingu są oczywiście zapewnione atrakcje dla bladych twarzy takie jak spływ bambusową tratwą po rzece, odwiedzenie sanktuarium słoni połączonych z ich karmieniem no i odwiedzenie okolicznych wiosek. Następnie wracamy z dżungli styrani i brudni i spędzamy kolejną noc w Chiang Mai. Kolejną destynacją miała być Pattaya. Jak to podśmiechując się określił starszy pan, że takie młode wysokie blondyny jak my mogą tam po takim wycieńczającym trekkingu zabawić się w tamtejszych klubach lub na plaży (zapewne miał na myśli znane w Tajlandii ful moon party a nie słynne walking street).

Trekking w Chiang Mai
Zaprzyjaźniony naganiacz – od 15 lat na Khao San

Nie wspomniał jednak o tym, że w tych datach wypadało wielkie święto Buddy, a ponadto urodziny obecnie panującego króla – Ramy X,  co sprowadzało się do całkowitej prohibicji i zakazu organizowania hucznych imprez w owych dniach… Pattayę więc bez żalu odpuściliśmy lecz Chiang Mai z dżunglą w komplecie wzięliśmy od razu. Transakcje przeszły bez wielkich kłopotów – zarówno finansowych jak i technicznych (kochany Revolut). Dystans 700 km to nie rurki z kremem, szczególnie gdy przemierza się go takim środkiem komunikacji jak autobus. Wyjazd o 17.00, przyjazd około 6 rano zabrzmiał jak wyzwanie. I rzeczywiście, dawno się tak nie nagimnastykowałem próbując obrać odpowiednią pozycję do spania. Zresztą miałem na to ogrom czasu, więc nie musiałem się jakoś okrutnie śpieszyć….

Inne posty